Dziwne te wyprawy rowerowe są teraz, z zupełnie dodatkową adrenaliną. Wczoraj znowu – przed sklepami kolejki po 25 osób, przestpujące z nogi na nogę, trzymające się w maseczkach w odległości od siebie. Ile czekania? Jedziemy do Konstacina kupić coś. Ale – oto przed lasem wozy policyjne przez wielki głośnik męski głos głosi „wejście do lasu kategorycznie zabronione pod kara grzywny. Uwaga uwaga wejście do lasu KATEG pod karą grzywny”. Wjeżdżamy małymi ścieżkami, jak najdalej od owego głosu, pędząc szybko aż ostrożnie, czując się jak zwięrzeta, które umykają przed myśliwym. W drodze uświadomiłam sobie, że już po czwartej, sobota, sklepik nasz może być zamknięty. Sprawdziliśmy na googlach – faktycznie. Nic to, akurat wyjeżdżalismy z lasu na Kierszki i w sklepie przy szosie kupiliśmy to i owo. Niekoniecznie to, co potrzebowałam, niestety, ale zawsze coś. Wracaliśmy omijając Kabaty, koło ogrodu botanicznego i ulica Wczasową do pętli przy Powsinie, a potem dalej, przez Wilanów do domu. W kółkach 24 kilometry, ale wróciłam wyjątkowo jakoś zmęczona. Obawiam się, że stan emocjalny wpływa mocno bardzo na człowieka, nawet, jeśli nie jesteśmy tego świadomi.
