Jakieś dwa lata przed covidem zapadłam na ciężką grypę. Nie skończyło się na tym, że organizm zwalczył wirusa. Z powodu powikłań pogrypowych moje płuca uległy częściowemu zniszczeniu. Czy była to astma, czy POChP, lekarze nie potrafili ostatecznie określić.
Faktem jest, że poruszałam się jak niesprawna dziewięćdziesięciolatka. Każdy ruch był męczący, nie mówiąc już o wejściu po schodach. Od lekarza pierwszego kontaktu trafiłam pod opiekę poradni pulmonologicznej. Zaczęłam dostawać sterydy, ale jeden po drugim rzucały mnie na łopatki skutkami ubocznymi. Najpierw drżenie rąk, potem całego ciała, utrata głosu i kolejne problemy. Lekarze zmieniali tylko preparaty i kazali się oszczędzać.
Dla mnie było to równoznaczne z kalectwem. Jestem osobą z natury aktywną i w moim świecie życie oznacza ruch. Byłam wtedy gotowa uczepić się wszystkiego, co mogłoby pomóc mi normalnie oddychać., Zaczęłam próbować powrotu do Qi Gongu, niestety nawet Qi Gong wymagał więcej energii, niż mogłam z siebie wydobyć. Zaczęłam czytać o podejściu wschodnim, o tym, że płuca mają swojego ducha „Po” i że jest on związany z naszym życiem doczesnym. Ach, byłam gotowa modlić się do tego ducha Po, do czegokolwiek, byle znów móc oddychać!
Lekarze mówili mi wówczas, że jest to nieodwracalne uszkodzenie i że z czasem „może być tylko gorzej”. Nie byłam w stanie się z tym pogodzić. Rozpoczęłam więc szeroki research we wszystkich możliwych kierunkach. Okazało się, że na stronach poświęconych leczeniu koni (które również miewają POChP) nie pisano wcale o nieuleczalności choroby- tylko o konieczności odpowiedniego postępowania. To samo w sobie było dla mnie optymistyczne. A podawane tam zasady postępowania bardzo do mnie trafiały: niezależnie od podawania atroventu, radykalne odcięcie od możliwych źródeł uczulenia i wszystkiego, co może podrażniać płuca, specjalna ściółka, specjalnie wycięte okno w stajni, żeby zawsze był dopływ świeżego powietrza. No proszę!
Zaczęłam uporczywie zbierać dalszą wiedzę. Trafiłam wówczas na ćwiczenia pulmonologiczne opracowane przez pielęgniarkę ze szpitala w Massachusetts, Donnę Wilson, i zaczęłam wykonywać je z niemal religijną systematycznością, nie zastanawiając się, czy „to działa”. Znalazłam również zioła wspierające oczyszczanie płuc. (Wówczas korzystałam z mieszanek pani Joanny Kulczyk z Zielarni Warmińskiej, która dopiero rozpoczynała swoją działalność). I czułam, że powoli jest lepiej.
Zaczęłam też jeździć na rowerze.
Moje pierwsze wyjście na rower było dramatem. Musiałam odpoczywać co dwieście metrów. Kiedy podczas kontroli wspomniałam lekarce, że ćwiczę i piję zioła, dosłownie roześmiała mi się w twarz.
– Zioła? Ćwiczenia? To jest dobre dla ludzi zdrowych, a nie dla takich jak pani.
Każdy z nas ostatecznie sam odpowiada za swoje życie i swoje wybory. Niezależnie więc od jej opinii robiłam swoje.
Zdobywałam coraz więcej wiedzy o oddychaniu – zarówno ze źródeł zachodnich, jak i wschodnich. Sprawdzałam na sobie działanie różnych, często przeciwstawnych podejść. Były zioła, ćwiczenia i rower.
I właśnie te elementy razem – zioła, ćwiczenia i przede wszystkim rower – uratowały mi życie.
Nadszedł w końcu dzień, kiedy moja lekarka musiała odwołać wizytę z powodu pobytu w szpitalu kardiologicznym, a ja w tym czasie robiłam trzydziestokilometrowe trasy rowerowe w upale, którego przecież nie znoszę.
Nadal pozostaję pod opieką poradni pulmonologicznej. Regularnie chodzę na kontrole. Podobno wciąż mam niewiele ponad 50 procent wydolności płuc – nie zmienia to jednak faktu, że żyję aktywnie! Mimo to, że mam astmę, również wysiłkową. Mam rozedmę płuc. Ale oprócz tego mam codzienne jazdy na rowerze oraz za sobą kilka pięknych wypraw rowerowych, od 300 do nawet 1500 kilometrów.
Od tamtego czasu przeszłam jeszcze dwie poważne choroby płuc. Płuca już zawsze będą moim wrażliwym punktem i wymagają szczególnej uwagi. To jest dolegliwość, z którą muszę się liczyć, co nie znaczy, że pozwalam, żeby determinowała jakość mojego życia. Owszem, wystarczy, że złapię wirusa, a zaczyna się cała spirala: astmatyczna reakcja na produkty rozpadu, problemy oskrzelowe, potem bakteryjne zapalenie płuc. Dlatego też zawsze trzymam mam w domu zestaw leków potrzebnych na takie sytuacje.
Powtarzam zatem – płuca nie determinują jakości mojego życia. Nadal utrzymuję poziom aktywności większy niż niejeden zdrowy 73-latek bez choroby płuc. Zawdzięczam to w mniejszym procencie lekom – w znacznie większym swoim ćwiczeniom i stworzonemu stylowi życia.
Jeśli jesteś zainteresowany udziałem w moich zajęciach oddechowych, wypełnij formularz. Nowa grupa startuje 22 września 2026 roku.



