O TYM, JAK ZRODZIŁ SIĘ MÓJ PROGRAM NAD PRACĄ Z DŁOŃMI

Już stary mistrz, Jan Kochanowski, pisał:

„Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie,
jako smakujesz, aż się zepsujesz”.

No właśnie. Tyle że niekiedy, gdy już się „zepsuje”, samo żałowanie utraconego zdrowia nie wystarcza. Chodzi nam przecież o coś więcej niż tęsknotę za dawną sprawnością – chodzi o próbę jej odzyskania.

Zacznijmy od początku.

Złamałam nadgarstek. To niestety zdarza się w naszym wieku, czyli po siedemdziesiątce. Ja akurat uderzyłam się o betonowy śmietnik, spadając z roweru, więc nadgarstek miał pełne prawo się złamać.

Niezależnie od okoliczności skutek był jeden – prawa ręka została wyłączona z życia.

A tradycyjne zalecenia były proste: nie ruszać, niech się zrośnie. Ręka w gips aż do łokcia na co najmniej trzy tygodnie.

Trzy tygodnie!

Dla mnie to była wieczność. Oznaczało długi czas bez roweru, który jest mi potrzebny niemal tak samo jak leki na płuca.

Palce dłoni przez jakiś czas były pozbawione siły, ale odkąd tylko poczułam, że mogę nimi choć trochę poruszać, zaczęłam to robić. Delikatnie, powoli, ale konsekwentnie. Początkowo wynikało to po prostu z potrzeby ruchu i „ożywienia” dłoni, choćby w tym zakresie, który nie był objęty gipsem.

Jak się później okazało, było to niezwykle pomocne.

Nadgarstek zrósł się dobrze i ku zdziwieniu lekarza nie wymagał dłuższego unieruchomienia.

Niestety około tygodnia później wydarzyło się coś kolejnego. Starsza kobieta jadąca rowerem postanowiła skrócić sobie drogę i wpadła prosto na mnie. Upadłam – oczywiście na tę samą prawą rękę.

Instynktownie chroniąc nadgarstek, przyjęłam uderzenie dłonią i całym przedramieniem. Znów więc pojawili się lekarze i cała procedura od początku.

Na szczęście okazało się, że tym razem pękła jedynie niewielka kosteczka w obrębie nadgarstka. Dostałam ortezę i mogłam uniknąć kolejnego gipsu.

Kiedy zdjęłam ortezę, mogłam na własnym ciele przekonać się, jak bardzo potrzebny jest nam… mały palec.

I jak ważnymi ścięgnami steruje.

Bez niego siła dłoni wyraźnie się zmniejsza. Moja ręka była wtedy tak osłabiona, że trudno było mi pewnie trzymać kierownicę roweru. A przecież utrzymanie kierownicy wymaga sprawnego uchwytu.

A trzymanie szklanki?

A odkręcenie słoika?

Nagle palce i dłoń ukazały swoją ogromną wartość – wartość, którą na co dzień traktujemy jako coś całkowicie oczywistego.

Ja mogłam swoje problemy tłumaczyć złamaniem nadgarstka. Jednak prawda jest taka, że trudności z dłońmi często pojawiają się samoistnie wraz z wiekiem, osłabieniem organizmu lub jako efekt wieloletniej pracy wykonywanej rękami w jednej pozycji.

Nieużywane ścięgna skracają się, mięśnie sztywnieją. Bywa, że dochodzi do takiego napięcia, iż uciskany jest nerw prowadzący do palców i rozwija się tzw. cieśń nadgarstka – dolegliwość sprawiająca, że dłonie tracą siłę i zdolność pewnego chwytu, a leczenie często wymaga interwencji chirurgicznej.

Ale problem nie dotyczy wyłącznie samych dłoni.

Wraz z wiekiem mózg stopniowo traci część połączeń odpowiedzialnych za precyzyjne sterowanie palcami. Zaczynają one żyć niejako własnym życiem i coraz słabiej reagują na nasze polecenia. Ścieżki neurologiczne stopniowo zanikają.

Czy wiecie, że siła i sprawność dłoni należą do ważnych wskaźników, na podstawie których naukowcy oceniają przewidywaną długość życia człowieka?

Właśnie dlatego stworzyłam własny zestaw ćwiczeń, który nazwałam „Qi Gongiem palców i dłoni”.

Nazwa nie jest przypadkowa. Podobnie jak w klasycznym Qi Gongu całego ciała, nie chodzi tu o rehabilitację w ścisłym medycznym znaczeniu. Jest to raczej systematyczna praca nad rozciąganiem ścięgien, rozluźnianiem mięśni, przywracaniem harmonii ruchu oraz odbudowywaniem utraconych połączeń neurologicznych między mózgiem a palcami.

To sposób na przywracanie dłoniom sprawności, czucia i żywotności.

A mówiąc językiem Qi Gongu – na przywracanie energii życia w dłoniach.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *