Wielkanoc. Pierwszy dzień Świąt. Na dworzu słońce grzeje jak niewiadomoco i drzewa wokół kwitną pachnąco. Obżarci po śniadanku Wielkanocnym słuchamy jak z przejeżdżającego wozu policyjnego tubalny głos głosi, cobyśmy nie wychodzili z mieszkań ze względu na własne bezpieczeństwo.
Wyjechałam po południu, i z potrzeby wyjazdu ale też z ciekawości jak sprawa wygląda. Czy ludzie nie będą wychodzić i wystarczy im lęk zagrożenia, czy też będziemy faktycznie policyjnie pilnowani. Zamiarem moim było przejechanie przez Kabaty do Konstancina i może nawet dalej. Wjechałam bez problemu, ale na skrzyżowaniu przy polance, wóż policyjny i 4 chłopaków. Odstawiłam gadkę, dostałam upomnienie, no ale musiałam zawrócić. Dalej za nimi w stronę Konstancina stał następny patrol. Gdy wracałam, napotkałam wóz policyjny tuż przy wjeżdzie do Kabat, którego go nie było. Pogadałam z miłym policjantem, który powiedział, że no trudno, nie wolno, musimy to jakoś przeczekać. No więc dobrze – Kabatami się nie pocieszę. Zjechałam w dół nowa trasą na Wilanów z myślą, że sprawdzę drogę nad Wisłę, może tam jest lepiej, to znaczy bez patrolów. Pędzę już szosą łącząca Kabaty z Wilanowem, gdy jakiś ojciec biegnący z synem woła do mnie – Uwaga, tam jest patrol! Chce pani ryzykować? Ja na to, że co ryzykuje? On – manat mogą wplepić. Ja- mandat, za co? On – za nieuzasadnione opuszczenie mieszkania. Boże święty, no coś takiego. Jakbyśmy byli w areszcie domowym, a tu przecież żadnego stanu wyjątkowego nie ogłoszono. Pojechałam, rzecz jasna, dalej, wóz błyska ,światłami, drzwi szeroko otwarte, chłopców pięciu. Ale byli weseli iw w dobrych humorach.
– O, jakaś pani jedzie – zawołał jeden widząc jak nadjeżdżam. A drugi – Tak, tak Ursynów jest w tamta stronę! Pokazując stronę w jaką właśnie jechałam. No i przejechałam.
Dalej jadę i skręcam w Vogla, obok pól golfowych sobie jadę, z boku jeziorko jakieś tubylcze, już ładnie i spokojnie. Przy centrum handlowym pustki, ale już dalej zaczynają się ludzie spacerujący z psami z dziećmi, lub sobą samym. Policji żadnej. Spokojny dojazd do Kępy Zawadowskiej. Tu ludzi znów więcej, więc muszę z większa ostrożnością, ale mam swoja grubą quasi maskę, którą zasłaniam oblicze jakieś 5 metrów przed człowiekiem, więc dla mnie jest ok. Zdobyłam się na super wysiłek nie tylko przedostania się przez nasyp torów kolejowych, ale wtachania roweru z sakwą na wał po stromiźnie (która w pierwszym momencie nadwyrężyła nieco moją dzielność) a później, sprowadzenia roweru po takiejże stromiźnie z wału na druga stronę, od strony Wisły, i przedzierając się, dosłownie przez przygodowe wąskie ścieżki pełne zwalonych drzew. Wydawało mi się, że za nimi już będzie rzeka, ale nie. Oddzielał mnie od niej jeszcze niewiadomej długości pas plażowego niemal piachu, którego widok po raz wtóry nadwyrężył moją dzielność. Aliści przypomniałam sobie 10 kilomtrowy marsz plażą w Słowińskim Parku Narodowym i poszłam. No i dotarłam w końcu do rzeki Wisły, choć w dziwnym kamienistym i niedostępnym miejscu. Zażywszy tam chwil szczęścia zupełnej wolności, podumawszy nad tajemnicą Zmartwychwstania i popiwszy nieco, (wody, oczywiście wody!), wróciłam do domciu nie napotykając po drodze już żadnego patrolu. W kółkach 25 km, ale wysiłkowo liczy się więcej: marsz po piachu i korzeniach, jak również ładowanie roweru pod górę i sprowadzanie w dól to nie to samo, co jazda po asflacie.
